Blog o podróżach i ludziach, ale także o wszystkim tym, co może Cię spotkać, jeśli tylko odważysz się wypłynąć ze swojego portu, ze swej bezpiecznej przystani i otworzysz się na to, co znajduje się poza Twoją zatoką... a jeśli to zrobisz otworzą się mosty i nowe możliwości - wyruszamy?

Translate

środa, 17 kwietnia 2013

Rajska zagadka

Co to jest? Raj na ziemi i bajkowe wyspiarskie krajobrazy...
...INDONEZJA, najbliższe tygodnie będą należeć właśnie do niej;)
Wszystkich spragnionych słońca i wakacji zachęcam do śledzenia relacji na 

środa, 10 kwietnia 2013

NAZCA - lądowisko UFO?


Jedną z bardziej tajemniczych atrakcji Peru jest bez wątpienia płaskowyż Nazca, miejsce szczególnie interesujące dla poszukiwaczy dowodów na istnienie UFO.
Muszę przyznać, że oglądając z lotu ptaka tajemnicze znaki na pustyni, raczej trudno wyzbyć się myśli, że może w tych domysłach i teoriach na temat UFO tkwi jednak ziarno prawdy... 
... zdjęcia i więcej informacji na www.awayfrombay.com, ZAPRASZAM:)


niedziela, 7 kwietnia 2013

Słoń i kawa = biznes


Bezapelacyjnie symbolem Tajlandii jest słoń, do tego stopnia, że 13. marca obchodzi się w Tajlandii "Dzień słonia". Myśląc o tajlandzkich słoniach, niewielu przyjdzie na myśl kawa i to najdroższa na świecie, za którą płaci się ok. 50 dolarów za filiżankę!

Nie każdy także odważyłby się na jej wypicie, wiedząc w jaki sposób się ją produkuje:)

Prawda jest jednak taka, iż tajskie słonie odgrywają dużą rolę w tajskim biznesie kawowym, od czasu, kiedy biznesmen z Tajlandii - Blake Dinkin, postanowił je wykorzystać do produkcji ekskluzywnej kawy. Ta  aromatyczna kawa przebiła cenę kawy Kopi Luwak, osiągając cenę 1100 $ za kilogram. Obydwie kawy, zdaniem znawców, uzyskują swój niepowtarzalny, pozbawiony goryczki smak, dzięki procesowi trawienia przez zwierzęta ziaren kawy.

Cena kawy jest tak wysoka ponieważ, aby wyprodukować kilogram należy nakarmić słonia 33 kilogramami surowych ziaren, które po ponad 15 godzinach trawienia, stanowią bazę do wyprodukowania Black Ivory Coffee. Specjalnie wyselekcjonowane ziarna tajskiej Arabiki, zbieranej na wysokości 1500 metrów, a także ograniczona ilość specyfiku na rynku (zaledwie 50 kg w 2012 roku), sprawiają że kawa Black Ivory Coffee jest towarem ekskluzywnym. Dystrybucja w 2012 roku odbywała się tylko poprzez 5 pięciogwiazdkowych hoteli na świecie - Grand Hyatt Erawan Bangkok (Thailand), Anantara Dhigu Resort and Spa (Maldives), Anantara Kihavah Villas (Maldives), Naladhu Maldives, Anantara Golden Triangle (Thailand).

sobota, 6 kwietnia 2013

Czas na drinka - Pisco Sour


Wreszcie nastał weekend, czas relaksu i zabawy. Wbrew pogodzie i śnieżnemu widokowi za oknem polecam słoneczny drink prosto z Ameryki Południowej - Pisco Sour. Bazę drinka stanowi pisco, sok z limonek, syrop cukrowy, gorzki trunek angostura oraz białko jajka kurzego.
Koktajlu warto spróbować w jego krajach ojczystych - Peru i Chile - i chociaż wynaleziono go w Limie w latach 20. XX wieku, obydwa kraje roszczą sobie do niego prawa, zastrzegając jego oryginalność jako narodowego drinka. Pisco Sour występuje w nieco odmiennych wersjach w Peru i w Chile - wersja chilijska różni się od peruwiańskiej rodzajem używanego pisco, brakiem agnostury, ale i dodatkiem cukru zamiast syropu cukrowego. Na szczęście smak równie dobry w obydwu krajach, zwłaszcza w upalne dni:), chociaż moim zdaniem nic nie jest w stanie dorównać piciu Pisco Sour w peruwiańskim porcie Pisco właśnie:). 
Drink na pewno przypadnie Wam do gustu, jeśli lubicie orzeźwiające koktajle. Jego wykonanie nie jest specjalnie skomplikowane i na szczęście można w Polsce kupić Pisco (zazwyczaj obok whiskey i bourbonów), więc poniżej podaję przepis na Pisco Sour.


Przepis na Pisco Sour:

60 ml Pisco
30 ml soku z limonki
15 ml syropu cukrowego
kostki lodu
białko jaja kurzego
gorzki likier angostury wg uznania (można pominąć)

Wszystko wlewamy do shakera i solidnie mieszamy, podajemy zaraz po przygotowaniu.
NA ZDROWIE :)

sobota, 23 marca 2013

Londyn - PhotoStory

Londyn - stolica której w zasadzie nie trzeba przedstawiać i opisywać, a więc od razu zapraszam do przejścia się ulicami tego miasta :)
















piątek, 22 marca 2013

Backpacking - wakacje dla każdego


Backpacking staje się coraz bardziej popularną formą podróżowania w Polsce, a liczba prowadzonych blogów jest dowodem na to, że w zasadzie każdy może zostać backpackersem, wystarczy tylko mieć w sobie zapał do poznawania nowych miejsc i wziąć sprawy w swoje ręce.


Czym jest backpacking?

Backpacking stanowi formę podróżowania i poznawania świata na własną rękę, we własnym tempie i w zasadzie na własne ryzyko:). Często podkreśla się jego niskobudżetowość, co rzeczywiście stanowi niewątpliwą przewagę backpackingu, ale wymaga planowania z wyprzedzeniem, ponieważ bazuje na transporcie publicznym, hostelach i tanich liniach lotniczych.

Nierzadko bywa także sztuką improwizacji, ale i determinacji - tutaj nie ma opieki uśmiechniętego i pomocnego rezydenta, za wszystko odpowiadasz sam, bo Ty właśnie jesteś organizatorem wyprawy.
Nieodzownym atrybutem backpackersa jest plecak - im bardziej sfatygowany podróżą, tym lepszy:)

Styl życia

Tradycja hipisowska, ale przede wszystkim poszukiwanie autentyczności i egzotyki ukonstytuowały backpacking jako swoisty styl życia wielu ludzi na całym świecie. Społeczność backpackersów stanowią ludzie niezależni i otwarci, chcący eksplorować odwiedzane miejsca. Wyprawa backpackerska zazwyczaj zajmuje więcej czasu niż standardowy urlop, bo przecież celem jest poczucie i zasmakowanie innego życia, życia TAM.



czwartek, 21 marca 2013

Niech już będzie wiosna :)


"A wiosny nima. Zawsze grudzień.
Nie rozpraszajmy jednak złudzeń"


Machu Picchu - PhotoStory


MACHU PICCHU - prawdopodobnie najbardziej znana ikona inkaskiej kultury, dla mnie równie tajemnicza, co popularna. Rzut oka na tą XV-wieczną osadę, leżącą na wysokości 2 430 m n.p.m. oraz portrety ich dumnych mieszkanek - lam:)









środa, 20 marca 2013

Marzycie już o wakacjach? A może bezludna wyspa?



Podróże służbowe

Ciekawe informacje na temat podróży służbowych w dobie kryzysu, czy służbowo podróżujemy mniej?

http://www.national-geographic.pl/artykuly/pokaz/podroze-biznesowe-czy-zmienily-sie-w-czasach-kryzysu/


Chiny - IV część - Zoige - Chengdu - Leshan - Pekin

DROGA DO CHENGDU
Dwudziesty dzień stanowił najwyższy czas na kolejną podróż autobusem, tym razem z Songpon do Chengdu - jakieś 8 godzin, ale szczęśliwie już drogą asfaltową:). Zatrzymaliśmy się w bardzo przyjemnym hoteliku - "Sam's guest house" (ok. 120 juanów/pokój). 
Następny dzień poświęciliśmy na zwiedzanie miasta, fajnym miejscem jest wieża z tarasem widokowym, znajdująca się niedaleko dworca autobusowego, na który dojechaliśmy busem nr 4. Wizyta w okolicznych parkach jest po prostu obowiązkowa - daje nie tylko możliwość wyciszenia się i odpoczynku, ale i obserwacji ćwiczeń tai chi, tudzież tańca z wachlarzami. Dosyć zaskakujące jest natomiast królujące w parkach karaoke, w którym Chińczycy ochoczo biorą udział, ku zgubie wrażliwych uszu Europejczyków :).

Jednakże największą atrakcję zapanowaliśmy na wieczór - idziemy na "Cultural Show" (90 juanów/osobę), a więc tradycyjne widowisko opery syczuańskiej, składające się z 5 części - teatru, teatru cieni, teatru lalkowego, akrobatyki i koncertu tradycyjnej muzyki. Niemalże dwie godziny totalnego relaksu, choć mówiąc szczerze przy chińskiej muzyce trudno się jednak zrelaksować:). Najciekawsze i najbardziej widowiskowe są pokazy zmiany masek i akrobatyki, sporo wdzięku wniosły także świetnie animowane lalki.


WIELKI BUDDA Z LESHAN
Nieco ponad 2 godziny zajmuje dotarcie z Chengdu do największej (i to dosłownie!) atrakcji regionu - Wielkiego Buddy w Leshan (wstęp nieco ponad 100 juanów/osobę). Przywykłam już do sporej ilości schodów, które trzeba pokonać zawsze, gdy chce się dotrzeć do jakiejś atrakcji turystycznej, natomiast wciąż jeszcze nie przywykłam do pięknych parków, które je otaczają. Wreszcie dotarliśmy do 71-metrowego Buddy, wznoszącego się nad zbiegiem rzek Dadu He i Min He. Budowa posągu trwała 90 lat, a rozpoczęła się w 713 roku. Niech przemówią fakty, ułatwiające wyobrażenie sobie tego kolosa, którego ucho ma 6 metrów, nos ponad 5 metrów, a głowę okala ponad 1000 misternie wyrzeźbionych loczków.



LUOYANG
Za 22 godziny w pociągu zapłaciliśmy 300 juanów za osobę (soft sleep) i wreszcie wieczorem dotarliśmy do Luoyang, z którego zrobiliśmy sobie wycieczkę do kolebki chińskich sztuk walki - klasztoru Shaolin (100 juanów/osobę). 
Klasztor Shaolin

Klasztor w VI w. n.e. założył mnich Bodhidharma i do dzisiaj jest miejscem ćwiczeń mnichów. Turyści  na swej shaolińskiej drodze spotykają jednak tylko mnichów należących do grupy pokazowej, dającej wspaniały popis możliwości wushu.  W 2010 roku klasztor wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

POWRÓT DO PEKINU
Niestety nie udało nam się już złapać miejscówek na pociąg do Pekinu, więc naszą deską ratunku okazał się autobus (186 juanów/osobę, ok. 9 godzin). Na początku byliśmy nawet zadowoleni z takiego obrotu rzeczy - miejsca leżące, klimatyzacja - może nie będzie tak źle? Rzeczywiście nie było, ale tylko do momentu, kiedy przejechaliśmy jakieś 200 metrów i autobus stanął. Niemalże za bramą dworca kierowca wykorzystuje okazję do "dorobienia na boku", zabierając jakieś ciężkie metalowe części do luków bagażowych, a ponadto około 30-tu Chińczyków (na ok 40 oficjalnych miejsc leżących!), którzy zagnieździli się w ciasnych przejściach. Oby tylko Budda miał nas w swojej opiece z takim przeciążeniem:)

W Pekinie uzupełniliśmy zwiedzanie o Pałac Letni (ok. 16 km od miasta, najpierw metrem nr 2 na Xizhimen Station, później busem nr 375, wstęp 50 juanów). Następnego dnia podnieśliśmy sobie poziom adrenaliny w nowo otwartym wówczas parku rozrywki (zob. Happy Valley).


Happy Valley

Z kolei ostatni dzień spędziliśmy na rowerach (wynajęcie ok. 20 juanów), które także dostarczyły nam sporo emocji, biorąc pod uwagę natężenie ruchu ulicznego w Pekinie. Zobaczyliśmy Świątynię Tiantan i Stare Obserwatorium Astronomiczne, by wieczorem zakończyć naszą przygodę kolacją z obowiązkową i przepyszną kaczką po pekińsku.

Pałac Letni

Świątynia Tiantan

wtorek, 19 marca 2013

Hajer, nie do zajechania - Podroze w Onet

Polecam artykuł o niezwykłym Ślązaku, który realizuje swoją pasję podróżniczą, a dzieląc się swoimi wrażeniami i przygodami, dostarcza nam niesamowitych historii. Wystarczy kliknąć poniższy link, by go lepiej poznać :)

Hajer, nie do zajechania - Podroze w Onet

Chiny III - Lanzhou - Xiahe - Langmusi - Zoige - Songpon


LANZHOU
Dwunastego dnia naszej podróży, jeszcze w Xi'an, przeżyłam niemały szok - za bilety kolejowe do Lanzhou zapłaciliśmy 902 juany/2osoby, czyli ponad 300 złotych!!! Za pociąg z Datongu do Xi'an (mniej więcej ta sama odległość) zapłaciliśmy zaledwie 355 juanów. Podejrzewałam jakiś przekręt, chociaż bilety kupiłam sama na dworcu, snułam teorie spiskowe aż do wieczornego odjazdu, kiedy to przeżyłam jeszcze większy szok... Godzina 22:05 pojawiamy się na dworcu, na nasze bilety wchodzimy do osobnej poczekalni (skórzane sofy, klimatyzacja, niewiele osób), wejście na peron 30 minut przed resztą podróżujących i maksymalne zdziwienie w samym pociągu - przedział 2 osobowy, z osobnymi monitorkami, własną łazieneczką, fotelem, stolikiem, Internetem, nie zapomniano także o kwiatku i wrzątku w termosie. Szybko zweryfikowaliśmy opinię o cenie naszego biletu i aż żal nam się zrobiło, że jedziemy tylko 9 godzin :)
O 7:13 (zgodnie z rozkładem) byliśmy już w Lanzhou, gdzie po raz pierwszy natrafiliśmy na poważne problemy komunikacyjne, wynikające z nieznajomości języka angielskiego nawet w hotelach. Wreszcie udało nam się wynająć pokój i mogliśmy dalej snuć plany dotyczące naszej podróży. Zakup biletu autobusowego do Xiahe wymagał jeszcze większej gimnastyki i samozaparcia, ale wreszcie i to się udało:).

XIAHE


Już w autobusie spotkaliśmy dwóch Chińczyków mniej więcej w moim wieku, z którymi ochoczo rozmawialiśmy, umilając sobie 6-cio godzinną podróż. W Xiahe zaproponowali nam byśmy razem z nimi zamieszkali u wiejskiej rodziny (rodzaj agroturystyki), a nie w miejskim hotelu. Naturalnie nie było szans, by nas przed tym powstrzymać i tak oto spędziliśmy trochę czasu na chińskiej wsi w tzw. Małym Tybecie, z ludźmi z którymi nawet "nasi" chińscy znajomi nie potrafili się porozumieć (lokalny język). Tradycyjny poczęstunek mlekiem i jogurtem z jaka, zero toalety, ale maksimum wrażeń:).
Kolejnym przystankiem na naszej trasie była Świątynia Lebrang - kompleks świątynny składający się z 49 świątyń, z czego widzieliśmy zaledwie 4, a zajęło nam to 2 godziny. Moim zdaniem, najciekawszym eksponatem jest tutaj mumia mnicha, która cudownie przetrwała 3-dniowy pożar. Niesamowity jest także Pałac Buddyjski w Hezuoa także widok pierwszego z dziewięciu zakrętów rzeki Huang He


Osada w okolicach Xiahe
Pałac buddyjski w Hezuo
LANGMUSI
Wreszcie dotarliśmy do Langmusi, gdzie udało nam się wynająć pokój 2-osobowy za 40 juanów. Obowiązkowym punktem programy jest odwiedzenie "Lesha's Cofee" - naleśniki z bananem i miodem, mięso z jaka z warzywami czy omlet z warzywami na śniadanie po prostu rewelacja!!!

Rankiem, po obfitym śniadanku u Lesha'y, co okazało się zgubne w skutkach, powędrowaliśmy do świątyni (16 juanów/osobę/dzień), gdzie byliśmy świadkami tradycyjnego buddyjskiego pochówku, co zresztą opisałam szerzej w "Pogrzeb przez powietrze". W pobliżu miasteczka znajduje się jeszcze jedna świątynia (w dolinie), którą polecam zwłaszcza ze względu na walory krajobrazowe (wstęp 15 juanów/osobę/3 dni). Przez górską dolinę dochodzi się do malowniczej kotliny, mijając źródełko White Dragon i liczne święte jaskinie. Ukojenie dla skołatanych nerwów gwarantowane :).
Świątynia Langmusi - młynki
Mnisi z Langmusi


ZOIGE
Szczęście nas opuściło, na szczęście tylko na chwilę:) Z powodu strajku odwołano autobus z Longmusi do Zoige, ale właściciel hostelu zorganizował nam niespodziewanie przejazd do Zoige. Jechaliśmy przez największą na świecie wilgotną krainę mchu i to było coś:). W Zoige znajduje się dosyć duża jednstka wojskowa, a my spędziliśmy tam tylko jedną noc, za to w bardzo przyzwoitym hotelu Jo Erh Kai Tibet Sunlight Hotel, płacąc 140 juanów za 2-osobowy pokój, by o 6:00 rano wyruszyć busem do Songpon.

SONGPON
Autobus, jak zwykle pełen Chińczyków i ich ogromniastych bagaży, zawsze zastanawia mnie gdzie są inni turyści?! Po 6-ciu godzinach dotarliśmy do celu, znaleźliśmy "Family Hotel" za 50 juanów/2 osoby/noc, a następnie wdrapaliśmy się na okoliczny szczyt z wieżą strażniczą i pozostałościami muru miejskiego. Widok z góry na miasto oszałamiający, zwłaszcza w popołudniowym słońcu.
Songpon
Rano wybraliśmy się autobusem (jadą dwa, ale nie zawsze, więc lepiej wybrać się na ten wcześniejszy o godzinie 6:00, bilet 25 juanów) do Parku Narodowego Huanglong w Górach Minshan (wstęp 200 juanów/osobę, więcej na Park Huanglong), czyli jakieś 70 km od Songpon. To święta ziemia tybetańczyków, na której żyją pandy olbrzymie i złote małpy. Przecudne jeziorka górskie o powierzchni 9 600 metrów kwadratowych (350 pojedynczych jeziorek w formie tarasów) i wreszcie świątynia - CUDO!!!
Park Narodowy Huanglong