Blog o podróżach i ludziach, ale także o wszystkim tym, co może Cię spotkać, jeśli tylko odważysz się wypłynąć ze swojego portu, ze swej bezpiecznej przystani i otworzysz się na to, co znajduje się poza Twoją zatoką... a jeśli to zrobisz otworzą się mosty i nowe możliwości - wyruszamy?

Translate

sobota, 23 marca 2013

Londyn - PhotoStory

Londyn - stolica której w zasadzie nie trzeba przedstawiać i opisywać, a więc od razu zapraszam do przejścia się ulicami tego miasta :)
















piątek, 22 marca 2013

Backpacking - wakacje dla każdego


Backpacking staje się coraz bardziej popularną formą podróżowania w Polsce, a liczba prowadzonych blogów jest dowodem na to, że w zasadzie każdy może zostać backpackersem, wystarczy tylko mieć w sobie zapał do poznawania nowych miejsc i wziąć sprawy w swoje ręce.


Czym jest backpacking?

Backpacking stanowi formę podróżowania i poznawania świata na własną rękę, we własnym tempie i w zasadzie na własne ryzyko:). Często podkreśla się jego niskobudżetowość, co rzeczywiście stanowi niewątpliwą przewagę backpackingu, ale wymaga planowania z wyprzedzeniem, ponieważ bazuje na transporcie publicznym, hostelach i tanich liniach lotniczych.

Nierzadko bywa także sztuką improwizacji, ale i determinacji - tutaj nie ma opieki uśmiechniętego i pomocnego rezydenta, za wszystko odpowiadasz sam, bo Ty właśnie jesteś organizatorem wyprawy.
Nieodzownym atrybutem backpackersa jest plecak - im bardziej sfatygowany podróżą, tym lepszy:)

Styl życia

Tradycja hipisowska, ale przede wszystkim poszukiwanie autentyczności i egzotyki ukonstytuowały backpacking jako swoisty styl życia wielu ludzi na całym świecie. Społeczność backpackersów stanowią ludzie niezależni i otwarci, chcący eksplorować odwiedzane miejsca. Wyprawa backpackerska zazwyczaj zajmuje więcej czasu niż standardowy urlop, bo przecież celem jest poczucie i zasmakowanie innego życia, życia TAM.



czwartek, 21 marca 2013

Niech już będzie wiosna :)


"A wiosny nima. Zawsze grudzień.
Nie rozpraszajmy jednak złudzeń"


Machu Picchu - PhotoStory


MACHU PICCHU - prawdopodobnie najbardziej znana ikona inkaskiej kultury, dla mnie równie tajemnicza, co popularna. Rzut oka na tą XV-wieczną osadę, leżącą na wysokości 2 430 m n.p.m. oraz portrety ich dumnych mieszkanek - lam:)









środa, 20 marca 2013

Marzycie już o wakacjach? A może bezludna wyspa?



Podróże służbowe

Ciekawe informacje na temat podróży służbowych w dobie kryzysu, czy służbowo podróżujemy mniej?

http://www.national-geographic.pl/artykuly/pokaz/podroze-biznesowe-czy-zmienily-sie-w-czasach-kryzysu/


Chiny - IV część - Zoige - Chengdu - Leshan - Pekin

DROGA DO CHENGDU
Dwudziesty dzień stanowił najwyższy czas na kolejną podróż autobusem, tym razem z Songpon do Chengdu - jakieś 8 godzin, ale szczęśliwie już drogą asfaltową:). Zatrzymaliśmy się w bardzo przyjemnym hoteliku - "Sam's guest house" (ok. 120 juanów/pokój). 
Następny dzień poświęciliśmy na zwiedzanie miasta, fajnym miejscem jest wieża z tarasem widokowym, znajdująca się niedaleko dworca autobusowego, na który dojechaliśmy busem nr 4. Wizyta w okolicznych parkach jest po prostu obowiązkowa - daje nie tylko możliwość wyciszenia się i odpoczynku, ale i obserwacji ćwiczeń tai chi, tudzież tańca z wachlarzami. Dosyć zaskakujące jest natomiast królujące w parkach karaoke, w którym Chińczycy ochoczo biorą udział, ku zgubie wrażliwych uszu Europejczyków :).

Jednakże największą atrakcję zapanowaliśmy na wieczór - idziemy na "Cultural Show" (90 juanów/osobę), a więc tradycyjne widowisko opery syczuańskiej, składające się z 5 części - teatru, teatru cieni, teatru lalkowego, akrobatyki i koncertu tradycyjnej muzyki. Niemalże dwie godziny totalnego relaksu, choć mówiąc szczerze przy chińskiej muzyce trudno się jednak zrelaksować:). Najciekawsze i najbardziej widowiskowe są pokazy zmiany masek i akrobatyki, sporo wdzięku wniosły także świetnie animowane lalki.


WIELKI BUDDA Z LESHAN
Nieco ponad 2 godziny zajmuje dotarcie z Chengdu do największej (i to dosłownie!) atrakcji regionu - Wielkiego Buddy w Leshan (wstęp nieco ponad 100 juanów/osobę). Przywykłam już do sporej ilości schodów, które trzeba pokonać zawsze, gdy chce się dotrzeć do jakiejś atrakcji turystycznej, natomiast wciąż jeszcze nie przywykłam do pięknych parków, które je otaczają. Wreszcie dotarliśmy do 71-metrowego Buddy, wznoszącego się nad zbiegiem rzek Dadu He i Min He. Budowa posągu trwała 90 lat, a rozpoczęła się w 713 roku. Niech przemówią fakty, ułatwiające wyobrażenie sobie tego kolosa, którego ucho ma 6 metrów, nos ponad 5 metrów, a głowę okala ponad 1000 misternie wyrzeźbionych loczków.



LUOYANG
Za 22 godziny w pociągu zapłaciliśmy 300 juanów za osobę (soft sleep) i wreszcie wieczorem dotarliśmy do Luoyang, z którego zrobiliśmy sobie wycieczkę do kolebki chińskich sztuk walki - klasztoru Shaolin (100 juanów/osobę). 
Klasztor Shaolin

Klasztor w VI w. n.e. założył mnich Bodhidharma i do dzisiaj jest miejscem ćwiczeń mnichów. Turyści  na swej shaolińskiej drodze spotykają jednak tylko mnichów należących do grupy pokazowej, dającej wspaniały popis możliwości wushu.  W 2010 roku klasztor wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

POWRÓT DO PEKINU
Niestety nie udało nam się już złapać miejscówek na pociąg do Pekinu, więc naszą deską ratunku okazał się autobus (186 juanów/osobę, ok. 9 godzin). Na początku byliśmy nawet zadowoleni z takiego obrotu rzeczy - miejsca leżące, klimatyzacja - może nie będzie tak źle? Rzeczywiście nie było, ale tylko do momentu, kiedy przejechaliśmy jakieś 200 metrów i autobus stanął. Niemalże za bramą dworca kierowca wykorzystuje okazję do "dorobienia na boku", zabierając jakieś ciężkie metalowe części do luków bagażowych, a ponadto około 30-tu Chińczyków (na ok 40 oficjalnych miejsc leżących!), którzy zagnieździli się w ciasnych przejściach. Oby tylko Budda miał nas w swojej opiece z takim przeciążeniem:)

W Pekinie uzupełniliśmy zwiedzanie o Pałac Letni (ok. 16 km od miasta, najpierw metrem nr 2 na Xizhimen Station, później busem nr 375, wstęp 50 juanów). Następnego dnia podnieśliśmy sobie poziom adrenaliny w nowo otwartym wówczas parku rozrywki (zob. Happy Valley).


Happy Valley

Z kolei ostatni dzień spędziliśmy na rowerach (wynajęcie ok. 20 juanów), które także dostarczyły nam sporo emocji, biorąc pod uwagę natężenie ruchu ulicznego w Pekinie. Zobaczyliśmy Świątynię Tiantan i Stare Obserwatorium Astronomiczne, by wieczorem zakończyć naszą przygodę kolacją z obowiązkową i przepyszną kaczką po pekińsku.

Pałac Letni

Świątynia Tiantan

wtorek, 19 marca 2013

Hajer, nie do zajechania - Podroze w Onet

Polecam artykuł o niezwykłym Ślązaku, który realizuje swoją pasję podróżniczą, a dzieląc się swoimi wrażeniami i przygodami, dostarcza nam niesamowitych historii. Wystarczy kliknąć poniższy link, by go lepiej poznać :)

Hajer, nie do zajechania - Podroze w Onet

Chiny III - Lanzhou - Xiahe - Langmusi - Zoige - Songpon


LANZHOU
Dwunastego dnia naszej podróży, jeszcze w Xi'an, przeżyłam niemały szok - za bilety kolejowe do Lanzhou zapłaciliśmy 902 juany/2osoby, czyli ponad 300 złotych!!! Za pociąg z Datongu do Xi'an (mniej więcej ta sama odległość) zapłaciliśmy zaledwie 355 juanów. Podejrzewałam jakiś przekręt, chociaż bilety kupiłam sama na dworcu, snułam teorie spiskowe aż do wieczornego odjazdu, kiedy to przeżyłam jeszcze większy szok... Godzina 22:05 pojawiamy się na dworcu, na nasze bilety wchodzimy do osobnej poczekalni (skórzane sofy, klimatyzacja, niewiele osób), wejście na peron 30 minut przed resztą podróżujących i maksymalne zdziwienie w samym pociągu - przedział 2 osobowy, z osobnymi monitorkami, własną łazieneczką, fotelem, stolikiem, Internetem, nie zapomniano także o kwiatku i wrzątku w termosie. Szybko zweryfikowaliśmy opinię o cenie naszego biletu i aż żal nam się zrobiło, że jedziemy tylko 9 godzin :)
O 7:13 (zgodnie z rozkładem) byliśmy już w Lanzhou, gdzie po raz pierwszy natrafiliśmy na poważne problemy komunikacyjne, wynikające z nieznajomości języka angielskiego nawet w hotelach. Wreszcie udało nam się wynająć pokój i mogliśmy dalej snuć plany dotyczące naszej podróży. Zakup biletu autobusowego do Xiahe wymagał jeszcze większej gimnastyki i samozaparcia, ale wreszcie i to się udało:).

XIAHE


Już w autobusie spotkaliśmy dwóch Chińczyków mniej więcej w moim wieku, z którymi ochoczo rozmawialiśmy, umilając sobie 6-cio godzinną podróż. W Xiahe zaproponowali nam byśmy razem z nimi zamieszkali u wiejskiej rodziny (rodzaj agroturystyki), a nie w miejskim hotelu. Naturalnie nie było szans, by nas przed tym powstrzymać i tak oto spędziliśmy trochę czasu na chińskiej wsi w tzw. Małym Tybecie, z ludźmi z którymi nawet "nasi" chińscy znajomi nie potrafili się porozumieć (lokalny język). Tradycyjny poczęstunek mlekiem i jogurtem z jaka, zero toalety, ale maksimum wrażeń:).
Kolejnym przystankiem na naszej trasie była Świątynia Lebrang - kompleks świątynny składający się z 49 świątyń, z czego widzieliśmy zaledwie 4, a zajęło nam to 2 godziny. Moim zdaniem, najciekawszym eksponatem jest tutaj mumia mnicha, która cudownie przetrwała 3-dniowy pożar. Niesamowity jest także Pałac Buddyjski w Hezuoa także widok pierwszego z dziewięciu zakrętów rzeki Huang He


Osada w okolicach Xiahe
Pałac buddyjski w Hezuo
LANGMUSI
Wreszcie dotarliśmy do Langmusi, gdzie udało nam się wynająć pokój 2-osobowy za 40 juanów. Obowiązkowym punktem programy jest odwiedzenie "Lesha's Cofee" - naleśniki z bananem i miodem, mięso z jaka z warzywami czy omlet z warzywami na śniadanie po prostu rewelacja!!!

Rankiem, po obfitym śniadanku u Lesha'y, co okazało się zgubne w skutkach, powędrowaliśmy do świątyni (16 juanów/osobę/dzień), gdzie byliśmy świadkami tradycyjnego buddyjskiego pochówku, co zresztą opisałam szerzej w "Pogrzeb przez powietrze". W pobliżu miasteczka znajduje się jeszcze jedna świątynia (w dolinie), którą polecam zwłaszcza ze względu na walory krajobrazowe (wstęp 15 juanów/osobę/3 dni). Przez górską dolinę dochodzi się do malowniczej kotliny, mijając źródełko White Dragon i liczne święte jaskinie. Ukojenie dla skołatanych nerwów gwarantowane :).
Świątynia Langmusi - młynki
Mnisi z Langmusi


ZOIGE
Szczęście nas opuściło, na szczęście tylko na chwilę:) Z powodu strajku odwołano autobus z Longmusi do Zoige, ale właściciel hostelu zorganizował nam niespodziewanie przejazd do Zoige. Jechaliśmy przez największą na świecie wilgotną krainę mchu i to było coś:). W Zoige znajduje się dosyć duża jednstka wojskowa, a my spędziliśmy tam tylko jedną noc, za to w bardzo przyzwoitym hotelu Jo Erh Kai Tibet Sunlight Hotel, płacąc 140 juanów za 2-osobowy pokój, by o 6:00 rano wyruszyć busem do Songpon.

SONGPON
Autobus, jak zwykle pełen Chińczyków i ich ogromniastych bagaży, zawsze zastanawia mnie gdzie są inni turyści?! Po 6-ciu godzinach dotarliśmy do celu, znaleźliśmy "Family Hotel" za 50 juanów/2 osoby/noc, a następnie wdrapaliśmy się na okoliczny szczyt z wieżą strażniczą i pozostałościami muru miejskiego. Widok z góry na miasto oszałamiający, zwłaszcza w popołudniowym słońcu.
Songpon
Rano wybraliśmy się autobusem (jadą dwa, ale nie zawsze, więc lepiej wybrać się na ten wcześniejszy o godzinie 6:00, bilet 25 juanów) do Parku Narodowego Huanglong w Górach Minshan (wstęp 200 juanów/osobę, więcej na Park Huanglong), czyli jakieś 70 km od Songpon. To święta ziemia tybetańczyków, na której żyją pandy olbrzymie i złote małpy. Przecudne jeziorka górskie o powierzchni 9 600 metrów kwadratowych (350 pojedynczych jeziorek w formie tarasów) i wreszcie świątynia - CUDO!!!
Park Narodowy Huanglong




Chiny II - Datong - Xi'an

DATONG i okolice

Przed nami kolejne wyzwanie – pierwsza podróż koleją i to w hard sitach. Na szczęście nie było tak źle, standard odpowiada naszej 2 klasie w pociągach krótkobieżnych, z tym że każdy ma przydzielony numer miejsca na bilecie, a z 
sufitu próbują chłodzić zamontowane wiatraczki.
Beiging West Railwaistation
Olbrzymi gmach dworca pekińskiego – Beiging West Railwaistation robi wrażenie. Mimo jego rozmiarów, ilości ludzi i pociągów, nie sposób się tu zgubić – wszystkie informacje wyświetlane są na elektronicznych tablicach. W poczekalniach tłumy, na ponad godzinę przed odjazdem Chińczycy już niecierpliwie ustawiają się do kolejki, mimo tego, że każdy ma miejscówkę!!! Stoją zawzięcie i cierpliwie, pomimo upału i duchoty, nawet dzieci i to bez płaczu!!! My nie tracimy głowy i zostajemy na krzesełkach, czekając aż zaczną wpuszczać na perony. 
Tablica odjazdów
















Droga do Datong




Pociąg wbrew oczekiwaniom (opowiadania innych, relacje w internecie), nie był ani przepełniony, ani zadymiony papierosowym dymem. Więcej, był nawet w miarę czysty, chociaż Chińczycy rzucają wszystkie śmieci na podłogę, a przy wysiadaniu nie zabierają ich ze sobą. Cud? Oczywiście, że nie - wszystko za sprawą pojawiającej się co jakiś czas osoby z mopem. Naszej podróży towarzyszyły przepiękne krajobrazy górsko-pustynne, ogromne, prawie niezamieszkane przestrzenie.

Widok w trakcie podróży do Datong

Datong
Na datońskim dworcu od razu „wyłapali” nas agenci CITS i zaoferowali hotel 100 m od dworca – 150Y za dwuosobowy pokój lub 45Y za łóżko. Zaszaleliśmy i wzięliśmy dwójkę na 8 piętrze, z łazienką, TV i klimatyzacją, w cenie także śniadanie. Zanieśliśmy tylko bagaże i marsz na miasto, rozejrzeliśmy się po okolicy, zrobiliśmy zakupy i urządziliśmy wieczorną „ucztę” za 45Y w pokoju. 

Dworzec kolejowy Datong
Yungang Caves
Najpierw autobusem nr 2 z dworca po lewej stronie dworca kolejowego za 1 Y, aż do miejsca gdzie znajduje się przystanek autobusu nr 3 (kierowca kazał nam wysiąść w odpowiednim miejscu gestykulując i mówiąc po chińsku), potem bus nr 3 za 1,5 Y, który staje tuż przy Grotach Wzgórza Chmur z V/VI w. n.e. 
Wstęp do Grot wynosi 60Y, za które zobaczyliśmy 53 świątynie skalne, a w nich ponad 15 tys. różnej wielkości rzeźb. W grocie nr 5 znajduje się 17- metrowa figura Buddy, zresztą wszystkie są oszałamiające.


Po powrocie, wieczorem, podjęliśmy kulinarne wyzwanie – wstąpiliśmy do eleganckiej restauracji, gdzie kupiliśmy właściwie jajko niespodziankę, wybierając na chybił-trafił potrawy. Na szczęście trafiliśmy w 10, mimo braku angielskiego menu i anglojęzycznej obsługi. Jedliśmy pyszne mięso gotowane w tradycyjny sposób - HOT POT (podgrzewany kociołek w stoliku) – ze smakowitym orzechowym sosem, ryżowym makaronem i przeróżnymi surówkami, dodatkami, deserem i napojami. Za tą niezapomnianą ucztę, z genialną obsługą, zapłaciliśmy zaledwie 60Y, a obydwoje wyszliśmy maksymalnie najedzeni!!!
Wróciliśmy przez centrum, gdzie na placu przed urzędem napotkaliśmy na tłumy Chińczyków, grających wspólnie w najrozmaitsze zabawy, ogarnęła mnie tęsknota za takim rodzajem wspólnoty, za takim rodzajem spędzania wieczorów, za takim rodzajem luzu:)


Siódmego dnia rano pojechaliśmy do Hunyuan, żeby zwiedzić Wiszącą Świątynię (wstęp 60Y normalny i 30Y ulgowy). Po drodze zobaczyliśmy także świętą górę taoizmu Heng Shan, z której mnisi niegdyś dawali znaki za pomocą ognia, informujące m.in. o ilości nadciągającego wrogiego wojska (1 słup ognia oznaczał 100 przeciwników). Xuangkong Si (Wisząca Światynia) założono w VI wieku, z powodu zalewającej ją rzeki, sukcesywnie wznoszona coraz bardziej ku górze aż do 1000 metrów (dziś zaledwie 50m). Klasztor „obsługuje” obecnie 5 mnichów, a w Sali Trzech Religii znajdują się posągi ich założycieli - Buddy, Konfucjusza i Laozi. 
Wisząca świątynia

Po powrocie piesze przeszukiwanie miasta, by dotrzeć do buddyjskich świątyń. Kiedy już zwątpiliśmy znaleźliśmy wreszcie „starówkę” ze świątynią Huayan z 1140 r., gdzie przypatrywaliśmy się buddyjskiemu nabożeństwu. Po duchowych wojażach coś dla ciała - pielgrzymka do pobliskich sklepów – świątyń dobrobytu, w których kupiliśmy kilka pamiątek. Wracając do hotelu musieliśmy zatrzymywać się, by pogawędzić z miejscowymi dzieciakami, chcącymi sprawdzić swój angielski. 

Dzisiaj mija już tydzień od opuszczenia naszego domu, czas płynie jak szalony!!! 
Odwiedziliśmy drugą świątynię w Datongu Shanhua, ze słynną Salą Mahawiry (5 pozłacanych posągów Buddy), biblioteką i Ścianą Pięciu Smoków w ogrodzie (wstęp 20Y normalny, 10Y ulgowy). Wieczorem opuszczamy to urocze, przemysłowe miasto i jedziemy do Xi’an. Jako, że podróż trwa 17 godzin chcieliśmy zamówić soft sleepy, ale były już wykupione i wzięliśmy hard sleepy (ponad 300Y za dwie osoby). Nie było źle – 6 łóżek w przedziale, początkowo klaustrofobia, ale potem człowiek się przyzwyczaja.



XI'AN
Wreszcie dojechaliśmy do Xi’an – dawnej stolicy i to tydzień po wizycie w Pekinie :). Ta stolica Tangów rozciągała się 9 km ze wschodu na zachód i prawie 8 km z północy na południe, a centrum miasta zachowało zabudowę i układ z tej epoki. Zachowane mury pochodzą już z dynastii Ming i mają 14 km długości, w niektórych miejscach 12 m wysokości i 15-18m szerokości u podstawy. Charakterystyczne dla miasta są także Pagody Wielkiej i Małej Dzikiej Gęsi - zdjęcia poniżej:

 






Po zrzuceniu plecaków i prysznicu pomaszerowaliśmy do centrum – zobaczyliśmy XIV wieczne wieże Dzwonów i Bębnów, miejskie targowisko itp. Wieczorem musieliśmy już zgrać zdjęcia na płytkę, ponieważ nazajutrz mieliśmy zwiedzać Terakotową Armię, a ją po prostu trzeba sfotografować z każdej strony - co możecie zobaczyć poniżej:). 
Bilet wstępu kosztował 90 juanów/osobę i umożliwiał obejrzenie 3 hal, eksponujących rezultaty prac wykopaliskowych. Największa jest hala nr 1, ale najważniejsza hala nr 3, gdzie znajduje się straż honorowa Cesarza.