Blog o podróżach i ludziach, ale także o wszystkim tym, co może Cię spotkać, jeśli tylko odważysz się wypłynąć ze swojego portu, ze swej bezpiecznej przystani i otworzysz się na to, co znajduje się poza Twoją zatoką... a jeśli to zrobisz otworzą się mosty i nowe możliwości - wyruszamy?


Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chiny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chiny. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 marca 2013

Chiny - IV część - Zoige - Chengdu - Leshan - Pekin

DROGA DO CHENGDU
Dwudziesty dzień stanowił najwyższy czas na kolejną podróż autobusem, tym razem z Songpon do Chengdu - jakieś 8 godzin, ale szczęśliwie już drogą asfaltową:). Zatrzymaliśmy się w bardzo przyjemnym hoteliku - "Sam's guest house" (ok. 120 juanów/pokój). 
Następny dzień poświęciliśmy na zwiedzanie miasta, fajnym miejscem jest wieża z tarasem widokowym, znajdująca się niedaleko dworca autobusowego, na który dojechaliśmy busem nr 4. Wizyta w okolicznych parkach jest po prostu obowiązkowa - daje nie tylko możliwość wyciszenia się i odpoczynku, ale i obserwacji ćwiczeń tai chi, tudzież tańca z wachlarzami. Dosyć zaskakujące jest natomiast królujące w parkach karaoke, w którym Chińczycy ochoczo biorą udział, ku zgubie wrażliwych uszu Europejczyków :).

Jednakże największą atrakcję zapanowaliśmy na wieczór - idziemy na "Cultural Show" (90 juanów/osobę), a więc tradycyjne widowisko opery syczuańskiej, składające się z 5 części - teatru, teatru cieni, teatru lalkowego, akrobatyki i koncertu tradycyjnej muzyki. Niemalże dwie godziny totalnego relaksu, choć mówiąc szczerze przy chińskiej muzyce trudno się jednak zrelaksować:). Najciekawsze i najbardziej widowiskowe są pokazy zmiany masek i akrobatyki, sporo wdzięku wniosły także świetnie animowane lalki.


WIELKI BUDDA Z LESHAN
Nieco ponad 2 godziny zajmuje dotarcie z Chengdu do największej (i to dosłownie!) atrakcji regionu - Wielkiego Buddy w Leshan (wstęp nieco ponad 100 juanów/osobę). Przywykłam już do sporej ilości schodów, które trzeba pokonać zawsze, gdy chce się dotrzeć do jakiejś atrakcji turystycznej, natomiast wciąż jeszcze nie przywykłam do pięknych parków, które je otaczają. Wreszcie dotarliśmy do 71-metrowego Buddy, wznoszącego się nad zbiegiem rzek Dadu He i Min He. Budowa posągu trwała 90 lat, a rozpoczęła się w 713 roku. Niech przemówią fakty, ułatwiające wyobrażenie sobie tego kolosa, którego ucho ma 6 metrów, nos ponad 5 metrów, a głowę okala ponad 1000 misternie wyrzeźbionych loczków.



LUOYANG
Za 22 godziny w pociągu zapłaciliśmy 300 juanów za osobę (soft sleep) i wreszcie wieczorem dotarliśmy do Luoyang, z którego zrobiliśmy sobie wycieczkę do kolebki chińskich sztuk walki - klasztoru Shaolin (100 juanów/osobę). 
Klasztor Shaolin

Klasztor w VI w. n.e. założył mnich Bodhidharma i do dzisiaj jest miejscem ćwiczeń mnichów. Turyści  na swej shaolińskiej drodze spotykają jednak tylko mnichów należących do grupy pokazowej, dającej wspaniały popis możliwości wushu.  W 2010 roku klasztor wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

POWRÓT DO PEKINU
Niestety nie udało nam się już złapać miejscówek na pociąg do Pekinu, więc naszą deską ratunku okazał się autobus (186 juanów/osobę, ok. 9 godzin). Na początku byliśmy nawet zadowoleni z takiego obrotu rzeczy - miejsca leżące, klimatyzacja - może nie będzie tak źle? Rzeczywiście nie było, ale tylko do momentu, kiedy przejechaliśmy jakieś 200 metrów i autobus stanął. Niemalże za bramą dworca kierowca wykorzystuje okazję do "dorobienia na boku", zabierając jakieś ciężkie metalowe części do luków bagażowych, a ponadto około 30-tu Chińczyków (na ok 40 oficjalnych miejsc leżących!), którzy zagnieździli się w ciasnych przejściach. Oby tylko Budda miał nas w swojej opiece z takim przeciążeniem:)

W Pekinie uzupełniliśmy zwiedzanie o Pałac Letni (ok. 16 km od miasta, najpierw metrem nr 2 na Xizhimen Station, później busem nr 375, wstęp 50 juanów). Następnego dnia podnieśliśmy sobie poziom adrenaliny w nowo otwartym wówczas parku rozrywki (zob. Happy Valley).


Happy Valley

Z kolei ostatni dzień spędziliśmy na rowerach (wynajęcie ok. 20 juanów), które także dostarczyły nam sporo emocji, biorąc pod uwagę natężenie ruchu ulicznego w Pekinie. Zobaczyliśmy Świątynię Tiantan i Stare Obserwatorium Astronomiczne, by wieczorem zakończyć naszą przygodę kolacją z obowiązkową i przepyszną kaczką po pekińsku.

Pałac Letni

Świątynia Tiantan

wtorek, 19 marca 2013

Chiny III - Lanzhou - Xiahe - Langmusi - Zoige - Songpon


LANZHOU
Dwunastego dnia naszej podróży, jeszcze w Xi'an, przeżyłam niemały szok - za bilety kolejowe do Lanzhou zapłaciliśmy 902 juany/2osoby, czyli ponad 300 złotych!!! Za pociąg z Datongu do Xi'an (mniej więcej ta sama odległość) zapłaciliśmy zaledwie 355 juanów. Podejrzewałam jakiś przekręt, chociaż bilety kupiłam sama na dworcu, snułam teorie spiskowe aż do wieczornego odjazdu, kiedy to przeżyłam jeszcze większy szok... Godzina 22:05 pojawiamy się na dworcu, na nasze bilety wchodzimy do osobnej poczekalni (skórzane sofy, klimatyzacja, niewiele osób), wejście na peron 30 minut przed resztą podróżujących i maksymalne zdziwienie w samym pociągu - przedział 2 osobowy, z osobnymi monitorkami, własną łazieneczką, fotelem, stolikiem, Internetem, nie zapomniano także o kwiatku i wrzątku w termosie. Szybko zweryfikowaliśmy opinię o cenie naszego biletu i aż żal nam się zrobiło, że jedziemy tylko 9 godzin :)
O 7:13 (zgodnie z rozkładem) byliśmy już w Lanzhou, gdzie po raz pierwszy natrafiliśmy na poważne problemy komunikacyjne, wynikające z nieznajomości języka angielskiego nawet w hotelach. Wreszcie udało nam się wynająć pokój i mogliśmy dalej snuć plany dotyczące naszej podróży. Zakup biletu autobusowego do Xiahe wymagał jeszcze większej gimnastyki i samozaparcia, ale wreszcie i to się udało:).

XIAHE


Już w autobusie spotkaliśmy dwóch Chińczyków mniej więcej w moim wieku, z którymi ochoczo rozmawialiśmy, umilając sobie 6-cio godzinną podróż. W Xiahe zaproponowali nam byśmy razem z nimi zamieszkali u wiejskiej rodziny (rodzaj agroturystyki), a nie w miejskim hotelu. Naturalnie nie było szans, by nas przed tym powstrzymać i tak oto spędziliśmy trochę czasu na chińskiej wsi w tzw. Małym Tybecie, z ludźmi z którymi nawet "nasi" chińscy znajomi nie potrafili się porozumieć (lokalny język). Tradycyjny poczęstunek mlekiem i jogurtem z jaka, zero toalety, ale maksimum wrażeń:).
Kolejnym przystankiem na naszej trasie była Świątynia Lebrang - kompleks świątynny składający się z 49 świątyń, z czego widzieliśmy zaledwie 4, a zajęło nam to 2 godziny. Moim zdaniem, najciekawszym eksponatem jest tutaj mumia mnicha, która cudownie przetrwała 3-dniowy pożar. Niesamowity jest także Pałac Buddyjski w Hezuoa także widok pierwszego z dziewięciu zakrętów rzeki Huang He


Osada w okolicach Xiahe
Pałac buddyjski w Hezuo
LANGMUSI
Wreszcie dotarliśmy do Langmusi, gdzie udało nam się wynająć pokój 2-osobowy za 40 juanów. Obowiązkowym punktem programy jest odwiedzenie "Lesha's Cofee" - naleśniki z bananem i miodem, mięso z jaka z warzywami czy omlet z warzywami na śniadanie po prostu rewelacja!!!

Rankiem, po obfitym śniadanku u Lesha'y, co okazało się zgubne w skutkach, powędrowaliśmy do świątyni (16 juanów/osobę/dzień), gdzie byliśmy świadkami tradycyjnego buddyjskiego pochówku, co zresztą opisałam szerzej w "Pogrzeb przez powietrze". W pobliżu miasteczka znajduje się jeszcze jedna świątynia (w dolinie), którą polecam zwłaszcza ze względu na walory krajobrazowe (wstęp 15 juanów/osobę/3 dni). Przez górską dolinę dochodzi się do malowniczej kotliny, mijając źródełko White Dragon i liczne święte jaskinie. Ukojenie dla skołatanych nerwów gwarantowane :).
Świątynia Langmusi - młynki
Mnisi z Langmusi


ZOIGE
Szczęście nas opuściło, na szczęście tylko na chwilę:) Z powodu strajku odwołano autobus z Longmusi do Zoige, ale właściciel hostelu zorganizował nam niespodziewanie przejazd do Zoige. Jechaliśmy przez największą na świecie wilgotną krainę mchu i to było coś:). W Zoige znajduje się dosyć duża jednstka wojskowa, a my spędziliśmy tam tylko jedną noc, za to w bardzo przyzwoitym hotelu Jo Erh Kai Tibet Sunlight Hotel, płacąc 140 juanów za 2-osobowy pokój, by o 6:00 rano wyruszyć busem do Songpon.

SONGPON
Autobus, jak zwykle pełen Chińczyków i ich ogromniastych bagaży, zawsze zastanawia mnie gdzie są inni turyści?! Po 6-ciu godzinach dotarliśmy do celu, znaleźliśmy "Family Hotel" za 50 juanów/2 osoby/noc, a następnie wdrapaliśmy się na okoliczny szczyt z wieżą strażniczą i pozostałościami muru miejskiego. Widok z góry na miasto oszałamiający, zwłaszcza w popołudniowym słońcu.
Songpon
Rano wybraliśmy się autobusem (jadą dwa, ale nie zawsze, więc lepiej wybrać się na ten wcześniejszy o godzinie 6:00, bilet 25 juanów) do Parku Narodowego Huanglong w Górach Minshan (wstęp 200 juanów/osobę, więcej na Park Huanglong), czyli jakieś 70 km od Songpon. To święta ziemia tybetańczyków, na której żyją pandy olbrzymie i złote małpy. Przecudne jeziorka górskie o powierzchni 9 600 metrów kwadratowych (350 pojedynczych jeziorek w formie tarasów) i wreszcie świątynia - CUDO!!!
Park Narodowy Huanglong




niedziela, 17 marca 2013

Chiny I - Pekin i Wielki Mur

Wyprawa do Chin w 2006 roku była początkiem mojej przygody z podróżowaniem w towarzystwie męża na własną rękę, z wykupionym jedynie biletem lotniczym i z ciekawością tego wszystkiego, co czeka po drugiej stronie globu, a czekało i wciąż jeszcze czeka niesamowicie wiele...

TRASA:

WYLOT - Warszawa
13 czerwca 2006 roku wystartowaliśmy z Warszawy i to rosyjskimi liniami Aeroflot, które na tamte czasy oferowały najtańszy bilet do Pekinu. Nasłuchawszy się wiele o chlubie rosyjskiego lotnictwa:) odczuwałam jednak lekki niepokój, wsiadając do nieco już przestarzałego samolotu, który miał nas zabrać z Warszawy do Moskwy - na szczęście to tylko 1,5 godziny:) Lot z Moskwy do Pekinu trwał już dłużej - 7 godzin 20 minut, ale na szczęście samolot był już zupełnie innej klasy, chociaż turbulencje nad Pustynią Gobi sprawiły, że znowu zaczęłam sobie w duchu snuć tłumaczenia o wspaniałym przeszkoleniu rosyjskich pilotów.

PEKIN
Pekin
Kiedy wreszcie wylądowaliśmy w Pekinie, zostałam oszołomiona skalą i organizacją lotniska, a potem samego już miasta. Kolejne budowle wprawiały mnie w zakłopotanie, po raz kolejny Warszawa wydała mi się małą mieściną. Autobusem linii nr 2 pojechaliśmy z lotniska w kierunku Centrum, płacąc za bilet jakieś 16 juanów za osobę. Jak dotąd wszystko szło gładko, Chińczycy uśmiechnięci i rozumiejący angielski. Przez chwilę pomyślałam, że będzie łatwo.W autobusie nr 22, którym mieliśmy dojechać do hostelu, pojawiły się pierwsze problemy komunikacyjne, kiedy chcieliśmy kupić bilet, nie pozostawiono nam wyboru i tak właśnie zaliczyliśmy pierwszy przejazd na gapę:) 
Znalezienie hostelu też nie należało do łatwych zadań, zwłaszcza że na nogach (w podróży) byliśmy już dobrych kilkanaście godzin. Upał, kurz, plecaki i ten przeklęty ruch uliczny skutecznie utrudniały nam dojście na miejsce. Wreszcie znaleźliśmy miejsce naszego noclegu - hostel Red Lantern, z pokój zapłaciliśmy niecałe 400 juanów. Szybki prysznic, który w podróży odmładza o 10 lat, krótka drzemka i rozpoczęliśmy zwiedzanie najbliższej okolicy.


Zakazane Miasto
Trzeci dzień naszej podróży cały poświęciliśmy na zwiedzanie atrakcji miasta. Plan wykonaliśmy w 100%. Plac Tiananmen, Mauzoleum Mao, Zakazane Miasto (60 juanów/os.) i dwa parki Jing Shan (2 juany/ os., wynajem rowerka wodnego 40 juanów) i Beihai (10 juanów/os.). Chyba najbardziej piorunującym wrażeniem była wizyta w Mauzoleum Mao, ale nie ze względu na zmumifikowane ciało przywódcy, tylko na atmosferę towarzyszącą składanym pokłonom temu jedynemu "eksponatowi" w olbrzymim gmachu. Długa kolejka (bezpłatny wstęp) i ustawianie zwiedzających w równe rzędy przez mundurowych, następnie równym, miarowym krokiem do stoiska z kwiatami i wreszcie wejście do mauzoleum. Absolutna cisza, powaga i skupienie... hołd.
Mauzoleum Mao
O Zakazanym Mieście można byłoby pisać całe tomy, a i tak nie oddało by to majestatu i uroku tego miejsca. Kompleks obejmuje 8706 sal rozplanowanych na 70 ha, w których mieszkało 8-10 tys. osób, gdzie zwykli ludzie nie mieli wstępu, gdyż zazdrośnie strzegły go mury o wys.10 m i fosa szeroka na 50 m. W największym gmachu Taihe Dian (Pawilon Najwyższej Harmonii) znajduje się złoty Smoczy Tron Cesarza, przed którym rozpościera się ogromny dziedziniec mogący pomieścić 90 tys. osób!!!



Zakazane Miasto


Smoczy tron
Ozdoby dachu Zakazanego Miasta

Po wyjściu z Zakazanego Miasta udaliśmy się na Wzgórze Widokowe (Jing Shan), usypane sztucznie z ziemi wybranej podczas kopania fosy – wstęp 2 juany. Odwiedziliśmy także pobliski park Beihai ze słynną Białą Dagobą, buddyjską świątynią o wys. 35 m z 1651 r. W parku tym znajdowała się zimowa rezydencja chana Kubilaja (pierwszy cesarz dynastii Yuan), a wstęp kosztuje zaledwie 10 juanów. Przecudnie utrzymany park z urokliwym jeziorkiem wokół świątyni, po którym można popływać wszelkiego rodzaju łódkami – my skusiliśmy się na rowerek wodny (40juanów za godzinę).

Parki Jingshan i Beihai
WIELKI MUR - Badaling

Pobudka o 5:30 i podróż autobusem nr 22 na Plac Quianmen za 1 juana, a tam uciążliwe próby znalezienia odpowiedniego autobusu. Chińscy naganiacze działają aktywnie, nawet nie znając angielskiego. Wreszcie znaleźliśmy biuro przewoźnika (blisko Placu Tiananmen, w kierunku Hali Ludowej) i kupiliśmy bilety, płacąc po 50 juanów za przejazd i 40 juanów za wejście na Mur. Mur o długości 2400 km, na całej długości w towarzystwie wspaniałych widoków, nic więc dziwnego iż w 1987 roku został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Mur chiński
Wijący się Wielki Mur

Napisy na Wielkim Murze

Prace rekonstrukcyjne


środa, 13 marca 2013

CHIŃSKI FIVE O’CLOCK CZY TEŻ ZALEWAJKA?

Chińska herbatka
 Będąc w Chinach, nie sposób nie zauważyć popularności herbaty w tym kraju i to wśród wszystkich klas społecznych, niezależnie od wieku. W zasadzie trudno się dziwić, przecież to właśnie Chiny uznawane są za ojczyznę tej niezwykłej rośliny. Wyjątkowo obrazowa jest także właśnie chińska legenda o początkach parzenia herbaty. Okazuje się, nie pierwszy zresztą raz w historii ludzkiej wynalazczości, że mocą sprawczą była nie  tyle pomysłowość człowieka, co przypadek...

Legenda głosi, że do czarki odpoczywającego cesarza przypadkowo wpadł listek herbaty, nadając napojowi niezwykły aromat, który zauroczył cesarza, a w końcu na zawsze zawładnął kubeczkami smakowymi milionów ludzi na całym świecie. Podanie o cesarzu ma ponad 3 tysiące lat, jednak prawdziwą furorę herbata zrobiła w Chinach około V w. n.e., stając się napojem narodowym i przyznać należy, że wciąż króluje w tym zastraszająco szybko zmieniającym się państwie.

Dziś herbatę w Chinach pije się wszędzie i o każdej porze dnia i nocy. W przeciwieństwie do angielskiego zwyczaju, nie ma wyznaczonej i tradycyjnie kultywowanej godziny w ciągu dnia na delektowanie się herbatą (angielski five o'clock). Po ulicach pędzą setki ludzi wyposażonych w malutkie termosiki i wcale nie trzeba się przypatrywać, by wiedzieć na 100%, że w środku znajduje się herbatka. Trudniej natomiast zgadnąć, jaki dokładnie napar towarzyszy Chińczykom nawet w największych metropoliach. Chińczycy, bowiem, sztukę zaparzania herbaty opanowali do perfekcji, racząc siebie i innych różnymi rodzajami tego specyfiku. W każdej restauracji, a nawet podejrzanej knajpce w zapomnianej mieścinie, znaleźć można kilka, kilkanaście gatunków herbaty. Króluje oczywiście, coraz bardziej i u nas obecnie popularna, herbata zielona, stanowiąca często bazę dla szeregu różnorodnych naparów. Z jej dobroczynnych wpływów Chińczycy zdawali sobie sprawę na długo jeszcze zanim herbata zawędrowała na europejskie stoły. 


Tradycyjna chińska filiżanka
Chińczycy doskonale wiedzą także, iż herbatę należy zaparzać 2-3 razy, a pierwsze zaparzenie w zasadzie jest bezużyteczne i napar należałoby wylać. Intuicyjnie odkryli prawdę o herbacie (zwłaszcza zielonej i białej), którą potwierdziły badania - faktem jest że dopiero po drugim parzeniu neutralizują się wszystkie garbniki i staje się ona wówczas po prostu zdrowsza. Muszę przyznać, że niechętnie pozbywałam się z filiżanki herbaty z pierwszego parzenia, jak dla mnie zresztą całkiem aromatycznej:) Prawda jest jednak po stronie chińskiej tradycji - drugie parzenie poraża zintensyfikowanym smakiem i wierzcie mi, nie ma to nic wspólnego z polską "zalewajką" czy też "lurą". Do parzenia herbaty używa się specjalnych porcelanowych filiżanek z pokrywką, która ułatwia nie tylko zaparzenie w odpowiedniej temperaturze, ale i picie już zaparzonej herbaty (za jej pomocą odsuwamy liście).

Podróżując miesiąc po Chinach i ja odkryłam zbawienny wpływ herbaty na ludzki organizm. Przy stosunkowo wysokich temperaturach, nic tak nie gasi pragnienia i zapewniam, nic nie smakuje lepiej niż herbatka zielona i jaśminowa. Mało tego, pijąc herbatę unikniemy nadmiernego pocenia, które może być przekleństwem w trakcie podróży i wyregulujemy pracę układu pokarmowego. O pozostałych dobroczynnych wpływach herbaty, na przykład na układ nerwowy, nie będę już wspominała. Każda wybierająca się do Chin osoba, przekona się także jak łatwo zaopatrzyć się w herbatę nawet na najdalszych i najdzikszych rubieżach kraju. Wszędzie wrzątek jest ogólnie dostępny, nawet w pociągach czy na dworcach, a poza tym można kupić gotową, „zabutelkowaną” herbatkę, która skutecznie konkuruje z Coca Colą. I śmiało można rzec, że przynajmniej w Chinach wciąż jeszcze natura w postaci herbaty, wygrywa z chemią, której kwintesencją jest Coca Cola.

Herbata jest jednym z atrybutów życia każdego Chińczyka i to przez stulecia. Cóż zostaje Europejczykowi? Może pozazdrościć nie tylko samego zwyczaju picia herbaty, ale przede wszystkim ciągłego dbania o tradycję i trwania przy niej, mimo zmieniających się warunków życia.


Tekst publikowany także na:
globtroter.pl

Pogrzeb przez powietrze



We wszystkich kulturach świata istnieje swoiste zauroczenie śmiercią i wszystkim tym, co z nią związane. Odwieczne tabu śmierci i tajemnica zaświatów sprawiały, iż na przestrzeni wieków, powstawały i nadal powstają, rozmaite wierzenia i rozbudowane ceremoniały związane właśnie ze śmiercią.
Niezwykle urozmaicona w zasadzie we wszystkich kręgach kulturowo-religijnych jest ceremonia pogrzebowa. Tybetański obrządek stanowi szczególną jej realizację.

Pogrzeb przez powietrze

Obserwacja tradycyjnego tybetańskiego "pochówku" może być wstrząsającym doświadczeniem, nie będę ukrywać, iż dla mnie takim właśnie była. Uczestnictwo w tradycyjnym tybetańskim pochówku, w trakcie, którego ćwiartuje się zwłoki i ofiarowuje je drapieżnym ptakom (sępy, orły) na pożarcie nie jest łatwe dla kogoś wychowanego w innej kulturze. Przyznaję szczerze, mimo iż przygotowana psychiczniena to, co zobaczę, nie potrafiłam powstrzymać odruchów wymiotnych, słysząc uderzenia siekiery, rąbiącej tak beznamiętnie - niemalże niczym drewno - ludzkie ciało. Dla buddystów jednak, jest to ostatni akt miłosierdzia i szczodrości wobec zmarłego. Z kolei niejeden Europejczyk wciąż prędzej odbierze, tego rodzaju obrzęd jako bezczeszczenie zwłok, niż jako przejaw miłosierdzia. Sięgając do podłoża religijno-kulturowego, łatwiej zrozumieć ten drastyczny dla Europejczyka ceremoniał. 

Warto podkreślić, iż ta forma pochówku, staje się coraz rzadszą, wciąż jednak część ludności wysokich gór Tybetu w ten właśnie sposób rozstaje się ze swoimi zmarłymi. Należy także dodać, iż tybetańska anatomia, a wraz z nią medycyna, rozwijała się tak doskonale (do VI wieku) dzięki między innymi tego rodzaju praktykom.  Cały ceremoniał miałam okazję zobaczyć w świątyni znajdującej się na wzgórzach otaczających małą, ale jakże malowniczą, chińską mieścinę - Langmusi.

Langmusi

Langmusi leży na wysokości 3000 metrów i jest cudownym miejscem, które w 2006 roku nie było jeszcze miejscem odwiedzanym masowo przez zagranicznych turystów. W niesamowicie sielskiej atmosferze otaczających zewsząd trawiastych wzgórz, można przyjrzeć się, wciąż żywo tu kultywowanym, tybetańskim rytuałom.

Tybetańczycy wierzą, że śmierć jest tylko jednym z kolejnych etapów życia, a więc szybki rozpad ciała umożliwi jeszcze szybszą reinkarnację. Mało tego, obdarzyli w swych wierzeniach sępa rodzajem świętości i są przekonani, iż zmarły, stając się pokarmem tego zacnego ptaka, wraz z nim, a właściwie w nim, będzie mógł nadal oglądać świat.

Czas wreszcie napisać kilka słów o samym przebiegu rytuału. Ciało zmarłego transportuje się na wzgórza świątyni, a następnie nagie układane jest na kamiennym katafalku. Nastroju grozy dodają zlatujące się z okolic sępy, które obdarzone jakimś niezwykłym instynktem, czasem nie odlatują daleko, "czekając" wśród okolicznych wzgórz na kolejnego denata. Nieopodal ciała, nad ogniskiem zasiada rozmodlony mnich, a rodzina i uczestnicy pogrzebu czekają w pewnej odległości tak długo, aż ptaki pożrą wszystkie miękkie tkanki zwłok. 
Rozczłonkowaniem ciała zajmuje się swoisty mistrz ceremonii - togden - „uzbrojony” po prostu w siekierę, za pomocą, której ułatwia mięsożernym ptakom wykonanie ich odwiecznego zadania. Gdy pozostają już tylko kości, mistrz ceremonii pogrzebowej miażdży je drewnianym młotem do postaci, którą sępy mogą również zjeść. Powiedziano mi, że z tej „kostnej mąki” robi się bułeczki, zjadane później przez ptaki. 


Pogrzeb uważa się za zakończony dopiero wtedy, gdy na kamiennym katafalku nie zostaną już żadne stałe cząstki ciała. Rzeczywiście w trakcie pogrzebu, robi się wszystko, by nic nie zostało, gdyż istnieje przekonanie, że jeśli ptaki nie dokończą swego „dzieła”, to dowód na to, iż zmarły był "za życia" złym człowiekiem. Ta forma oddania zmarłego do obiegu przyrody posiada równocześnie także prozaiczne przyczyny. Wysokie góry Tybetu nie są terenem obfitym w drewno, więc palenie zwłok byłoby swego rodzaju marnotrawieniem cennego materiału.

Na koniec dodam tylko, że grzebanie zwłok w ziemi, tak popularne i oczywiste w Europie, w Chinach i Tybecie uważane jest za bezczeszczenie zwłok. Szokujące? Nie bardzo, przecież powszechnie wiadomo, że "co kraj, to obyczaj".



Tekst publikowany także na: